1 lipca br. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X popełniło recydywę, wyświęcając biskupów bez mandatu apostolskiego. Więcej: z wprost wyrażonym zakazem tych święceń. Skutkiem jest ekskomunika i stwierdzenie przez Rzym schizmy. Oczywiście, PX jej nie uznają, przynajmniej formalnie, bo w praktyce działają od dawna jak odrębny Kościół: z własną hierarchią, strukturą i sądami.
Refleksji, opinii, wyjaśnień i pouczeń pojawiło się już wiele. W tym również takich, pod którymi mogę się śmiało podpisać, uznając je za swoje. Najkrócej ujmując, jest to linia Benedykta XVI i uznanie, że Tradycja Kościoła jest żywa i nie dostała nagłego paraliżu w połowie XX wieku. Chcę jednak skupić się na trzech konkretnych zagadnieniach, moje podejście do których zdaje się zupełnie odległe od myślenia PX-ów.
1. Czy VOM musi istnieć?
Lefebrianie nie powstali tylko ze względu na Mszę św., ale ją uczynili zagadnieniem flagowym. Zresztą nie tylko oni. Wielu przecież używa określenia „Msza wszechczasów”. Sam Benedykt XVI mówił, że nie można zakazać formy uświęconej Tradycją. Ale przecież podobnie powiedział też Sobór Trydencki: ryty mające ponad 200 lat mogą zostać zachowane. Ile z nich przetrwało próbę czasu w obliczu ujednoliconej Liturgii rzymskiej? Dominikański, ambroziański, gallikański. „Kto da więcej?…”. Ordo zwane „Mszą wszechczasów” jest tylko jedną z odmian, tę sprawowaną w Rzymie. Nie jest zapisana pod dyktando Pana Jezusa, nie została sformułowana w Nowym Testamencie ani nawet u pierwszych Ojców Kościoła. A forma ujednolicona, Ordo Romanus I, ukazała się sporo wieków po Chrystusie. Stąd pytanie: a jeśli reforma liturgiczna jest zgodna z Bożym planem i VOM, w tej postaci zastanej, musi odejść?… Mnie osobiście łatwiej jest wyobrazić powolną przemianę rytu Pawła VI w coraz treściwszy niż powrót w całym Kościele Mszy św. z roku 1962 lub wcześniejszego.
2. Kościół to nie tylko Rzym
Jestem grekokatoliczką. Co to znaczy? Historia pokazuje, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla niektórych unici to niedokatolicy, których trzeba w końcu zuniformizować i zrobić „normalnymi” katolikami. Jesteśmy dziwni, a nawet niepoprawni. W obliczu niektórych sporów w Kościele jesteśmy niemal heretykami: żonaci księża, Komunia Święta na stojąco i pod dwiema Postaciami, nie mamy Adoracji. Upraszczam, bo w różnych Kościołach unickich (które są Kościołami sui iuris) praktyki są odmienne, zależne też od wpływów innych wspólnot. Niemniej Rzym stwierdzał nie jeden raz: Kościoły unickie są tak samo katolickie, jak Kościół łaciński. Ich tradycja duchowa, teologiczna, liturgiczna i dyscyplinarna nie jest „suplementem” do jedynej słusznej i poprawnej tradycji Kościoła rzymskiego, jest równie ważna i wartościowa.
I teraz mamy PX, którzy odchodzą ze struktur Kościoła katolickiego, nie tylko łacińskiego, bo „tam są błędy teologiczne, zła Liturgia i zdradzieccy duszpasterze”. Gdyby istniała tylko tradycja zachodnia, tylko kapłani łacińscy, tylko „napisana na serwetce” Novus Ordo, jeszcze można byłoby szukać tej sytuacji nadzwyczajnej i konieczności najwyższej. Ale tak nie jest. W Kościele katolickim jest o wiele więcej miejsca – i zanim się pójdzie w schizmę, warto by się rozejrzeć, czy się nie zostało starszym bratem, który nie dostrzego, że już wszystko ma (por. Łk 15,27-31).
3. Chcesz wyrobić ciasto, zanurz w nim ręce
Ostatni punkt dotyczy tego, co mnie chyba najbardziej zadziwia w logice PX. Założenie jest takie, że w Kościele jest niebezpiecznie, dusze są zagrożone, trzeba je ratować. Co więc lefebrianie robią? Tworzą zgrupowanie, którego fundamentem jest bycie w kontrze wobec papieża, hierarchii, wielu nowych wspólnot. Robią wszystko, by większość katolików nie mogła im zaufać, kierując się najprostszą zasadą bycia „przy Piotrze”. Formują swoich wiernych (przyjmijmy dla tego rozważania, że robią to dobrze), jednocześnie zniechęcając ich do angażowania się w swoich parafiach. Ba, najlepiej nigdy się tam nie pojawić, bo można przypadkiem usłyszeć „modernistyczną naukę”. Krótko mówiąc, zarezerwowali sobie szalupę i siedzą z daleka, patrząc z daleka na tonący Titanic. Jeśli komuś się uda ich zauważyć i starczy sił, by dopłynąć, to miejsce się znajdzie. Krzyczą nawet głośno (szczególnie w internecie): „Do nas, do nas, tylko my się uratujemy!”, ale żeby podpłynąć i ratować? Gdzie tam, „przecież nas też wciągną pod wodę”.
Ja natomiast sobie wyobrażam, że jeśli zatroskanie o dusze jest prawdziwe, to powinno to wyglądać zupełnie inaczej. Formujemy wiernych, zapewniamy duchową opiekę i wsparcie w wątpliwościach, kształtujemy liderów… ale wypuszczamy ich w świat. Niech idą do swoich parafii, niech dołączają do Oazy czy Odnowy, włączają się w rady parafialne, zostają katechetami w szkole. Niech będą osobami łagodnymi, pogodnymi, chętnymi do pomocy. Niech każdy widzi, że można nich liczyć, że są dobrymi pracownikami, wiernymi przyjaciółmi, porządnymi obywatelami. „Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem” (J 17,15-18). Kościół potrzebuje świadomych, uformowanych, żyjących w zgodzie z Tradycją wiernych. Ale potrzebuje ich wewnątrz, by byli dla niego solą.
***
I jeszcze jedno spostrzeżenie, już na marginesie. Nawet jeśli PX nie uznają schizmy ani ekskomuniki, nadal nie rozumiem, jak można kochać Kościół i jednocześnie robić z tych święceń wielkie świętowanie. Skoro jest tak źle, że jest „stan wyższej konieczności” złamania zakazu Papieża, to jest to czas na żałobę i wynagradzanie, a nie euforię i przechwalanie się, że się było w Econe…
