Podczas tegorocznego Zjazdu Stowarzyszenia Teologów Moralistów miałam możliwość wystąpić z referatem – choć może bardziej powinnam nazwać to świadectwem i „case study” – o depresji jako moralnym wyzwaniu dla wspólnoty. Chciałabym, by ten tekst dotarł do większej liczby wierzących.
Dlaczego o tym mówię?
Należe do osób wierzących „od zawsze” i trwających w Kościele mimo mniejszych czy większych kryzysów. Ze chrztu jestem białoruską grekokatoliczką, natomiast po przyjeździe do Polski zdecydowanie częściej praktykuję obrządek rzymski. Przez około dekadę byłam związana z ruchem charyzmatycznym, a od 2016 roku jestem mocno zaangażowana w środowisko Liturgii Trydenckiej.
Od wielu lat podejrzewałam u siebie jakieś zaburzenia psychiczne, ale nie miałam diagnozy. Czasem podejmowałam próby współpracy z psychologami, jednak były one dość nieudolne – zdaje się, że nie do końca wiedziałam, czego potrzebuję, oraz nie trafiłam na właściwego specjalistę. W 2021 roku natomiast miałam poważniejszy epizod depresyjny, w wyniku którego – dzięki mądremu spowiednikowi i wsparciu kilku znajomych – zaczęłam się leczyć psychiatrycznie. Byłam na trzymiesięcznym psychiatrycznym oddziale dziennym i wciąż korzystam z psychoterapii.
Jeśli chodzi o diagnozę, to mam objawy lękowo-depresyjne. Kiedy mówię o swoim doświadczeniu, otrzymuję sygnały zwrotne od osób, które też coś przeżywają i szukają porady. Łatwiej mi również zauważyć objawy u innych, stąd niektórych znajomych namawiam na konsultację u psychiatry i psychologa. Wciąż jednak wielu ma opory: bo wstyd, bo słabość, bo osoba wierząca nie powinna mieć takich problemów. Bo przecież, jak mówił św. Jan Bosko, „Smutny święty to żaden święty”.
Statystyki i źródła
Tymczasem według raportu NFZ o zdrowiu. Depresja opublikowanym w 2024 roku liczba chorujących na depresję jest szacowana na ok. 3% społeczeństwa, a zatem w dziesięciotysięcznej parafii statystycznie jest to 300 osób. A mówimy tu o szacunkach opierających się na danych NFZ, czyli udzielonych świadczeniach, rozpoznaniu czy refundacji leków; realna liczba osób chorych może być o wiele większa. Również w Kościele.
Inspiracją i źródłem tego tekstu są doświadczenia moje, moich znajomych, jak też wywiady zebrane przez dziennikarkę „Gościa Niedzielnego” Agnieszkę Huf w wydanej niedawno książce Szczeliny. Bóg w popękanej psychice.
Czym jest depresja?
Zjazd STM, na który przygotowywałam referat, był poświęcony szczególnie encyklice Evangelium vitae, więc w dobrym tonie było powołać się na nią. Dokument ten nie mówi wprost o depresji, lecz znalazłam fragment, który doskonale opisuje to, co jest przeżywane w tym stanie:
„Prośba, jaka wypływa z serca człowieka w chwili ostatecznego zmagania z cierpieniem i śmiercią, zwłaszcza wówczas, gdy doznaje on pokusy pogrążenia się w rozpaczy i jakby unicestwia się w niej, to przede wszystkim prośba o obecność, o solidarność i o wsparcie w godzinie próby. Jest to prośba o pomoc w zachowaniu nadziei, gdy wszystkie ludzkie nadzieje zawodzą”.
Jest to cytat z części o eutanazji, lecz to „ostateczne zmaganie” nie jest przesadą. Jak mówiła jedna z moich terapeutek, nieleczona depresja to choroba śmiertelna. Jest to taka rozpacz, poczucie beznadziei i bezsensu życia, że skutkiem jest śmierć: emocjonalna, duchowa, a nieraz i fizyczna. Używając zaś definicji książkowej,
„depresja to poważne zaburzenie zdrowia psychicznego, które charakteryzuje się głębokim uczuciem smutku, utratą zainteresowań i przyjemności, spadkiem energii oraz zaburzeniami funkcjonowania psychicznego i fizycznego. Jest to stan emocjonalny odczuwany jako trwałe uczucie przygnębienia, beznadziejności, bezwartościowości i braku motywacji”.
Podkreślę tu „trwały”, bo chwilowy spadek nastroju spowodowany nieprzyjemnymi zdarzeniami czy zmęczeniem nie jest jeszcze depresją. Zgodnie z informacją na rządowym portalu pacjenta, „możemy ją podejrzewać, jeśli taki stan trwa ponad dwa tygodnie i ma znaczący wpływ na codzienne życie”.
Przyczyny depresji i fizjologia
Podstawowa rzecz, którą należy sobie zakodować: depresja jest chorobą. Jak każda inna, ma swoje przyczyny i objawy, ma metody diagnostyczne i ma konkretne leczenie. Ogromnie ważne, jeżeli chcemy pomóc, a nie zaszkodzić, mieć świadomość, że depresja ma swoje podstawy fizjologiczne: niedobory pewnych substancji w komórkach nerwowych mózgu, np. serotoniny[v]. Przyczyny tych niedoborów mogą być różne: wrodzone zaburzenia, predyspozycje genetyczne, postawy psychologiczne, zaburzenia nabyte wskutek przewlekłego stresu, niesprzyjające warunki środowiskowe, osamotnienie – szczególnie gdy sobie towarzyszą. Niezależnie jednak od przyczyn konsekwencje są rzeczywiste: zaburzenie funkcjonowania mózgu, które może nie przejść „samo”.
Depresja jest również wyzwaniem duchowym
Mój apel jest skierowany szczególnie do teologów moralistów, bo sądzę, że teologia moralna jest jedną z nauk najbliższych realnemu, dającemu się dotknąć człowiekowi w pełni jego egzystencji: z ciałem, duszą i psychiką. My, teologowie moraliści, z założenia patrzymy na człowieka holistycznie, mając świadomość, jak bardzo wspomniane trzy sfery ze sobą się przeplatają i wzajemnie na siebie wpływają. Wiemy, że każda choroba jest wyzwaniem duchowym – zarówno dla cierpiącego, jak i dla jego otoczenia. Rodzi pytania o sens cierpienia, o możliwość przeżywania go w jedności z Panem Bogiem. Ponieważ zaś zaburzenia psychiczne są coraz częściej diagnozowane, a sfera psychiczna i sfera duchowa mają bardzo cienką granicę, te pytania stają się jeszcze pilniejsze i dotkliwsze, podczas gdy wciąż nie jest rzadkością, że są lekceważone zwłaszcza wśród osób wierzących.
Tymczasem my, wierzący i praktykujący katolicy, a może zwłaszcza osoby duchowne i teolodzy, ponosimy odpowiedzialność nie tylko za to, jak odpowiemy na te pytania. Czasem to my wpływamy na konkretny przebieg choroby albo nawet jej nasilenie. Kiedy przygotowywałam ten tekst, natrafiłam na termin „nerwica eklezjogenna”, czyli szczególny typ nerwicy, który według Klausa Thomasa ma dwa składniki: religijny strach i depresję, a jednym z czynników – oprócz ogólnej skłonności nerwicowej – jest nieprawidłowe wychowanie religijne. Część badaczy z tego powodu ogólnie neguje pozytywny wpływ religii na zdrowie psychiczne lub też stwierdza, że religijność jest wyłącznie objawem, ale te hipotezy redukcyjne, zresztą znane od czasów Freuda czy Marksa, nie są tematem moich zainteresowań.
Nie można jednak zaprzeczyć realnemu występowaniu tego typu zaburzeń, wzmaganych i bardzo silnie powiązanych z wiarą. Takie świadectwa pojawiają się we wspomnianej przeze mnie książce Szczeliny, jak też sama jestem tego przykładem i wiem, jak bardzo jest potrzebna wtedy pomoc osób jednocześnie mocno wierzących i racjonalnie myślących. Gdy wymagania wiary oraz zaburzona psychika się stykają, jest bardzo trudno określić, czemu wierzyć, komu zaufać, kogo uznać za autorytet. Właśnie wtedy pojawia się wołanie o „obecność, o solidarność i o wsparcie w godzinie próby […] o pomoc w zachowaniu nadziei”, a właściwie to w zachowaniu zarówno wiary, jak i życia. Dlatego to szczególnie przed wspólnotą wierzących stoi wezwanie do odpowiedniej postawy w obliczu depresji bliźniego.
Praktyczne wskazówki
Jaka jednak jest ta postawa? Zaburzenia psychiczne i ich przeżywanie, mimo pewnych podobieństw pozwalających na diagnozę, są jednak bardzo indywidualne i powinny być omawiane ze specjalistą. Niemniej chciałabym dać kilka wskazówek, jak pomóc, a nie zaszkodzić. Oprócz tego może być tak, że pierwszą osobą, która będzie miała realną możliwość stwierdzenia, że w tym przypadku chodzi o zaburzenie, będzie spowiednik lub kierownik duchowy, dlatego wymienię parę elementów, które są ważne przy tego typu komunikacji.
Jak rozpoznać?
Zacznijmy od tego, jak w ogóle rozpoznać, że ktoś ma depresję. Przy omawianiu definicji wymieniłam charakterystyczne objawy, jednakże jeśli widzimy się z osobą sporadycznie, możemy ich nie zauważać. Niemniej istnieją małe sygnały, czujność na które może pomóc – zmiany w zachowaniu, które zdają się nie mieć powodu. Przykładowo zawsze schludna osoba zaczyna mniej dbać o siebie, swój wygląd, higienę; zawsze punktualna zaczyna się spóźniać, zawala terminy i odwołuje spotkania; osoba towarzyska unika spotkań – lub odwrotnie, ktoś zaczyna być bardzo natarczywy, ciągle szuka okazji do spotkania lub rozmowy.
Jeśli natomiast mamy okazję porozmawiać bardziej osobiście, to bądźmy czujni na powtarzające się stwierdzenia „jestem do niczego”, „nic mi się nie udaje”, „nikt mnie nie chce”, „życie jest bez sensu”. Ważnymi objawami są ciągłe przemęczenie, spanie przez cały dzień, bezsilność, by zrobić nawet małą rzecz (np. nieadekwatnie zniechęcona reakcja na małą prośbę), i oczywiście myśli samobójcze.
W kontekście Spowiedzi zaś warto zwrócić uwagę na ciągłe spowiadanie się z lenistwa i zbyt długiego spania – i to mając do czynienia z osobą, o której wiemy, że zwykle podejmuje się różnych obowiązków, jest w wolontariacie, ma nadgodziny etc.; z braku zaufania do Boga, ciągłego lęku i smutku, mimo że sam penitent uważa, że obiektywnie ma całkiem niezłe życie; z poczucia oddalenia się od Boga bez wyraźnych powodów (brak grzechu ciężkiego); z ciągłej irytacji na małe, niewarte rzeczy. Do tego wskazówkami są skrupulatność, lęk przed zapomnieniem jakiegoś grzechu, niepewność, czy się nie zgrzeszyło ciężko.
Czego nie robić?
Jeżeli już wiemy czy przynajmniej przypuszczamy, że nasz znajomy ma depresję (lub też inne zaburzenie psychiczne, zwłaszcza że często współwystępują), to musimy być czujni, by nie pogłębić tego stanu ani nie przeszkodzić w zdrowieniu. Tu w pierwszej kolejności należy pamiętać o tym, co pisałam wyżej: mamy do czynienia z chorobą, która ma również rzeczywiste podłoże fizjologiczne, a brak leczenia może skutkować śmiercią. Zatem zanim cokolwiek powiemy osobie w depresji, zastanówmy się, czy powiedzielibyśmy to samo osobie z nowotworem.
Zatem czego nie robić? Po pierwsze, nie lekceważyć ani nie zaprzeczać realności choroby. Frazy typu „przestań myśleć, zajmij się robotą”, „Różaniec w dłoń i nie zawracaj głowy” mogą być zabójcze. Proszę też pamiętać, że przyznanie się do choroby nie jest łatwe, więc ta osoba raczej już nieraz sama sobie tak mówiła. Skoro jednak stwierdza, że jest chora, to oznacza, że proste „recepty” nie zadziałały.
Po drugie, w żadnym razie nie obwiniać osoby za to, że zachorowała! Nie szantażować emocjonalnie „robisz to mi na złość, przez ciebie ja też źle się czuję”, nie wypominać „dawno ci mówiłam, że trzeba zrezygnować z tej pracy” czy „zerwać te relacje”, nie podważać siły charakteru „bo ty zawsze byłaś taka nerwowa”. Przyczyny mogą być bardzo różne, a nigdy nie wiadomo, która sytuacja akurat okaże się tą przeważającą szalę i wpędzającą w kryzys.
Po trzecie, nie można zostawić osoby samej w tej sytuacji, bo samotność i poczucie niezrozumienia są bardzo dotkliwe i pogłębiają stan choroby. Jeżeli w jakimś zakresie jesteśmy w stanie pomóc, to nie przekładajmy odpowiedzialności na innych. Jednocześnie przestrzegam przed tym, by brać na siebie kompetencje, których się nie ma. Nie próbujcie być psychologami ani psychiatrami; nie zalecajcie własnych leków; nie podrzucajcie recept z internetu czy metoda ludowych („popij ziółka i ci przejdzie”).
Jeśli zaś chodzi o kontekst religijny, to w pierwszej kolejności – i tu powinnam postawić wiele wykrzykników – nie twierdzić, że depresja jest skutkiem niewystarczającej wiary!!! Nie jest! Brak wiary może być okolicznością, ale nie mówimy teraz o ateistach. Jeżeli osoba wierząca zachorowała na depresję, nawet jeśli sama stwierdza, że nie czuje bliskości Boga, że jest bardzo grzeszna i na pewno potępiona, nie wnioskujmy, że ma rację. W depresji ma się zwiększone poczucie winy i bycia do niczego. Bardzo też proszę uważać z poleceniem książek, rekolekcji czy praktyk duchowych. To, co dobre dla zdrowego, choremu może bardziej zaszkodzić. Rekolekcje ignacjańskie z pogrążeniem się w siebie, wspólnoty charyzmatyczne z przesadną emocjonalnością i wyczuleniem na wszelkie „przypadki”, rekolekcje w duchu tradycyjnym mocno nastawione na poczucie grzechu i niegodności wobec Boga prawdopodobnie bardziej zaszkodzą, jak też mogą spowodować rezygnację z leczenia w przekonaniu, że „to wszystko sfera duchowa”.
Co robić?
Co natomiast robić? Po pierwsze, okazać cierpliwość i zrozumienie: nie odrzucać, wysłuchać, pozwolić na „złe” emocje i nawet bluźnierstwa, nie moralizując. Warto tu jednak uważać – również dla własnego zdrowia psychicznego – by nie pozwolić się na wykorzystywanie, np. będąc jedynym współrozmówcą chorej osoby, która jednocześnie odmawia skorzystania z pomocy psychoterapeuty. To nie uleczy, a może zrodzić niezdrową zależność. Warto pomóc z odnalezieniem specjalisty, z dojazdem do lekarza, może trzeba będzie wesprzeć finansowo, by osoba chora mogła skorzystać z wizyty prywatnej. Wedle możliwości dobrze jest też pomóc przy codziennych obowiązkach. Ważne, by chory wiedział, że nie jest sam – że w momencie bezsilności ma, na kim się oprzeć.
Dla wielu osób chorych, nie tylko psychicznie, trudnym jest doświadczenie zależności od innych, zdania się na ich łaskę. To rodzi poczucie wstydu, zastanowienie się, jak się odwdzięczyć. Dlatego warto postarać się o pewną „lekkość”, o uśmiech, a nawet o podziękowanie osobie chorej, że daje możliwość choćby „spełnienia dobrego uczynku”.
Zaburzenia psychiczne są dość nieprzewidywalne. Przychodzą nagle, po leczeniu mogą zniknąć na zawsze, a mogą się objawić w niespodziewanym momencie. Rodzą dużo wątpliwości i lęku o przyszłość, o możliwość rozwoju, o szczęśliwe życie. Bardzo ważne jest wsparcie nie tylko na etapie zdrowienia, ale również po nim, pomoc w odzyskaniu pewności siebie. Choroba psychiczna nie przekreśla osoby, jej przyszłości, nawet jeśli – jak każda inna choroba – może w jakimś zakresie ograniczać.
W kontekście religijnym trzeba pomóc choremu poradzić z poczuciem winy i niegodności. Warto przypominać, że ciężki grzech musi być całkowicie świadomy i dobrowolny – a choroba psychiczna może być okolicznością łagodzącą. Jeżeli penitent wziął na siebie dużo obowiązków modlitewnych, których nie jest w stanie wykonać, warto zwolnić go przynajmniej z części. Nie dręczyć pytaniami o codzienny pacierz, bo w depresji może nawet na to nie mieć sił. Nie oznacza to jednak, że należy całkowicie zwolnić z modlitwy – trzeba wskazać na to, co jest jej istotą, czyli relacja z Panem Bogiem. A ona może wyrażać się na różne sposoby: milczenie, powierzanie bólu, wykrzyczenie się. Może się okazać, że cała „słowna” modlitwa będzie się ograniczała do aktu strzelistego rano i wieczorem oraz niedzielnej Mszy św. – albo i mniej. To też może być w porządku, jeżeli jest to szczere „Boże, na więcej mnie nie stać”. Dalej nie będę wchodzić w spowiednictwo, bo są od tego specjaliści, natomiast chcę wyczulić na to, że czasem może być potrzebna współpraca spowiednika, psychoterapeuty i psychiatry, by działanie było zgrane na wszystkich płaszczyznach. Bardzo proszę przed tym się nie bronić.
I jeszcze jedna rzecz. Przywołałam na początku cytat św. Jana Bosko o radosnym świętym; nie jest to jedyne tego typu stwierdzenie. Mamy przecież w samym Piśmie Świętym „Zawsze się radujcie” (1Tes 5,16). U osób z depresją mogą więc powstać pytania: czy ja się nie nadaje na świętego? Czy muszę udawać, że jestem radosny? Czy jeśli mi smutno, jestem złym chrześcijaninem? Bardzo, bardzo ważne jest zapewnić, że zaburzenia czy choroba psychiczna nie przekreślają możliwości zostania świętym, a wewnętrzna radość rodząca się z pewności zbawienia jest łaską i nie musi się objawiać w śmieszkowaniu czy przyklejonym uśmiechu. Mamy świętych z zaburzeniami psychicznymi, np. Brata Alberta z depresją, św. Tereskę od Dzieciątka Jezus ze skrupulanctwem, jej siostrę sł. B. Leonię Martin z depresją. Ta ostatnia zaś mawiała: „Chorych Bóg bierze w ramiona. Silnych – prowadzi za rękę”.
Końcowy apel
Na koniec zaś chciałabym poprosić o uwagę, delikatność i cierpliwość wobec osób chorujących na depresję. Nie potrzebujemy litości czy użalania się, ale też nie dowalajcie nam, że trzeba bardziej wierzyć Bogu i mniej myśleć o sobie. Sami sobie potrafimy dowalić, tak że potem trudno się pozbierać…

Aleno, bardzo dziękuję Ci za tę obszerną refleksję dotyczącą depresji w kontekście wiary. Wspaniale, bo szeroko, opisałaś różne aspekty samej choroby oraz jak to się ma do reakcji a nawet oceny osób „wierzących”. Moje obserwacje i własne doświadczenia potwierdzają wszystko, o czym napusałaś. Dziękuję i proszę, wyślij ten tekst do takich gazet jak np. Niedziela, Gość Niedzielny itp. aby jak najwięcej ludzi będących tzw. katolikami, mogli poznać ten problem.